12 stycznia 2012 admin 0Comment

Ależ jestem dzisiaj zmęczony. Cały dzień myślałem tylko i wyłącznie o tym by się w końcu położyć. W nocy kiepsko spałem. Przewracałem się z boku na bok. Poduszka latała z jednego końca łóżka na drugi. A to się zakrywałem, a to się odkrywałem. Raz mi było za ciepło, potem znowuż marzłem. I tak w kółko. Dodatkowo jeszcze byłem strasznie wymęczony. A to jest chyba najgorsza z możliwych sytuacji, kiedy człowiek jest zmęczony a nie wiedzieć czemu nie może zasnąć. Też tak czasem macie?

Dzisiaj wracając do domu, też myślałem że usnę za kółkiem. Była godzina 16:30, ja w samochodzie turlałem się przez 20 minut w korku. A to ruszałem, żeby potem zahamować. Myślałem, że nie wyrobię. Dodatkowo zaczął siąpić deszcz, więc w ogóle było cudownie. Brakowało mi tylko śniegu, do pełni szczęścia. Trochę narzekam? Pewnie tak, ale to dlatego, że po prostu jestem niewyspany.

Co do mojego samopoczucia to czuję się dobrze. Żadnego bólu, żadnych skutków ubocznych, żadnych opuchlizn i zero krwotoków. Żyć, nie umierać:. Jutro idę na spotkanie zarządu jednego ze stowarzyszeń reumatycznych, w roli obserwatora. Będę dużo obserwował i „paczał” (swoją drogą, nie wiem dlaczego te koty „co ja pacze” zrobiły taką wielką furorę w internecie:D).

Gdyby ktoś mnie zapytał, co się zmieniło w ciągu ostatnich dwóch dni, w moim życiu to powiem, że niewiele. Praca – dom, praca – dom i tak cały tydzień zlatuje. Jutro idę na wspomniane spotkanie, w sobotę natomiast na urodziny przyjaciółki. Kończy 25 lat więc postanowiła wykorzystać to do zrobienia jakiejś małej, kameralnej imprezy. Idziemy razem z moją ukochaną, choć nie będziemy długo siedzieć. Pewnie koło 22:00-23:00 się zbierzemy.

W środę zdarzyło się coś, co przypomniało mi o jednym, bardzo dobrze znanym fakcie. Jechałem autobusem do mojej dziewczyny, kiedy na jednym z przystanków wsiadły dwie leciwe zakonnice. Jedna z nich miała wykrzywione dłonie, w sposób bardzo dobrze mi znany. Tak patrzyłem na nie, zerkając jednocześnie na moje własne. Podobieństwo było uderzające. Te same krzywizny, przerosty błony maziowej, tyle tylko że gościec zakonnicy był o wiele bardziej zaawansowany. Miała strasznie opuchnięte nadgarstki. Tworzyły wraz ze śródręczem esowate kształty, tak jakby ktoś zgruchotał jej w młodości dłonie. Gdy wstawała z fotela, pomagała jej druga zakonnica. Zwróciłem uwagę na to jak trzymała opuchniętymi palcami autobusowy chwytak na drzwiach. Widać było, że przy każdym gwałtownym ruchu kierowcy, cała spinała się próbując w dalszym ciągu przytrzymywać się poręczy. Zrobiło mi się jej strasznie szkoda. Kobieta mogła mieć około 65-70 lat. Od razu wyobraziłem sobie siebie, za 30 – 40 lat i momentalnie popsuł mi się nastrój. Gdy wysiadły, na długo utkwił mi w głowie obraz tej obolałej zakonnicy.

Niezależnie od tego czy jesteś młody czy stary; wierzący czy niewierzący, palący czy niepalący, lubieżny czy cnotliwy, dobry czy zły – możesz zachorować. Fakty są takie, że nikt z nas nie miał wpływu na to, że zachorował. Nikt choroby sobie nie wybrał. Sama przyszła. Można przeklinać wszystko i wszystkich, wściekać się, buntować, dziwić, szokować, płakać. To ludzkie. Jesteśmy istotami emocjonalnymi i prawo reakcji (nagłej, spontanicznej, nieprzemyślanej) jest wpisane w katalog naszych praw naturalnych. Emocje jednak nie są w stanie cofnąć tego, że zachorowaliśmy. To jasne, że każdy z nas musi lub musiał „swoje odchorować”. Nie sądzę by był ktoś, kto od razu przeszedł nad tym faktem do porządku dziennego – „jestem chory? SPOKO LUZ! Dam se radę”. Nic z tych rzeczy. Po zwątpieniu, niedowierzaniu, załamaniu, czasem nawet depresji w końcu przychodzi taki moment, że po prostu uczymy się żyć z chorobą – dbamy o siebie, robimy badania, zażywamy leki, chodzimy na wizyty reumatologiczne i po prostu cieszymy się na nowo tym, co mamy. Przychodzi taki moment, że ciągłe zadawanie pytania „dlaczego?” przestaje mieć sens. Jedni są tego świadomi, inni może nie do końca. Ja przestałem zadawać je dawno temu. Zastąpiłem je innym: „Co mogę zrobić, by było lepiej”.

W tym całym szaleństwie jest metoda. Najważniejsze to się nie poddawać i walczyć. Bo każdy z nas jest tak naprawdę wojownikiem we własnej sprawie. Szkolimy się, hartujemy, ćwiczymy i stawiamy czoła wyzwaniom. Uczymy się heroizmu i wewnętrznej dyscypliny. Dlatego stajemy się mocniejsi. Z dnia na dzień coraz bardziej… mimo postępującej choroby.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.